Drogę na Kamień w Beskidzie Niskim rozpoczęliśmy przy schronisku PTTK w Komańczy, znajdującym się przy drodze prowadzącej do Klasztoru Sióstr Nazaretanek.
Zgodnie z informacją droga miała trwać 2 godziny 15 minut i prowadziła czerwonym szlakiem. Jak się potem okazało, przejście tego odcinka zajęło nam więcej czasu.
Początkowo szliśmy przez las - droga przyjemna, pełna jeżyn i grzybów.
Z lasu wyszliśmy na łąki porośnięte przez kwiaty i zioła. Mijaliśmy skoszone pola z bieszczadzkimi i beskidzkimi górami w tle. Ten odcinek trasy wspominam najmilej.
Jak nas poinformowała tablica, przechodziliśmy przez Wahalowski Wierch.
Wkrótce weszliśmy do lasu, i znowu mnóstwo jeżyn.
Czerwony szlak nie prowadzi bezpośrednio na górę Kamień, omija ją z boku. W masywie Kamienia znajdują się charakterystyczne skały, kamienie - stąd zapewne wzięła się nazwa tego miejsca.
Nie ma żadnej tablicy informacyjnej odnośnie do szczytu.
Wracaliśmy ze szczytu do Karlikowa. Droga początkowo wiodła przez piękny bukowy las.
Po drodze mijaliśmy nieistniejącą już, dawną łemkowską wieś Przybyszów. Pozostał po niej tylko fragment dawnej przydrożnej kapliczki i łemkowskie cerkiewisko.
W Karlikowie, przy głównej drodze, napotkaliśmy kolejny cmentarz łemkowski.
W drodze powrotnej do Komańczy udało mi się jeszcze z daleka sfotografować drewnianą prawosławną cerkiew w Szczawnem.
Według informacji turystycznych droga na Chryszczatą miała trwać 4,5 godziny. W Komańczy weszliśmy na czerwony główny szlak bieszczadzki. Minęliśmy drewniany kościół rzymskokatolicki, a następnie rzekę Osławicę, która stanowi granicę między Beskidem Niskim a Bieszczadami.
Dzisiaj zapraszam na spacer po uliczkach starego Torunia. Nie będę opisywała poszczególnych obiektów. Są tu ulice, bramy miasta, rynek, wieża ratuszowa, kościół św. Jakuba, ruiny zamku krzyżackiego, fontanna z Flisakiem, rzeźba Piernikarki.
Nie chciałam pokazywać najbardziej znanych miejsc, jak pomnik Kopernika, Krzywa Wieża, ale te mniej znane, oczywiście wszystkie w obrębie Starego Miasta. Takich miejsc wartych zobaczenia jest w Toruniu dużo więcej.
Mam nadzieję, że zdjęcia oddadzą urok Starego Miasta.
Nieczęsto bywam na Rynku późnym wieczorem. Dlatego kiedy się nadarzyła okazja, zrobiłam kilka zdjęć.
Rynek jest o tej porze zupełnie inny. Inne kolory, inny nastrój. Trochę jakby inne miejsce.
14-15 sierpnia 2014 odbyła się w Krakowie siódma edycja nocy Cracovia Sacra.
W tym czasie krakowskie kościoły zapraszają do zwiedzania niedostępnych na co dzień miejsc. Odbywają się też w tym czasie koncerty w kościołach.
W tym roku wybrałam się na koncert Natalii Niemen, który miał miejsce 14 sierpnia wieczorem w Kościele Najświętszego Serca Pana Jezusa przy ul. Garncarskiej 24, u sióstr Sercanek.
Wcześniej nie miałam okazji słuchać jej na żywo.
Koncert był zatytułowany "Niemen mniej znany". Na pianinie akompaniował piosenkarce Paweł Bzim Zarecki.
Śpiewała mało znane pieśni i piosenki ojca - zarówno zabawne, jak i poważne, refleksyjne. W przerwach opowiadała o swoim ojcu, czasem żartowała. Ogólnie atmosfera przyjemna.
Na zakończenie zaśpiewała "Dziwny ten świat" i "Jednego serca tak mało".
Piękna kobieta, elegancka. Ma wspaniały głos, bardzo podobny do Czesława Niemena. Można powiedzieć, że jest żeńskim odbiciem Czesława Niemena, bardzo go przypomina.
I chociaż to wszystko było bardzo ładne, to jednak czegoś mi tu zabrakło...
Następnego dnia byłam w kolegiacie św. Anny na koncercie Chóru Mariańskiego, który wystąpił z bogatym repertuarem pieśni chóralnych - od czasów najdawniejszych aż po współczesność.
I przyznam - podobało mi się.
Piękne barokowe wnętrze kościoła (który jest nazywany perłą polskiego baroku) stanowiło dodatkową atrakcję.
Dzisiaj zamieszczam ostatnią, trzecią część zdjęć kompleksu Angkor, który jest uznawany za jeden z cudów świata średniowiecznego.
Angkor to ogólna nazwa wielu skupisk świątyń, tzw. miast-klasztorów. Najsłynniejszy jest Angkor Wat, znane jest też inne olbrzymie Angkor Thom oraz mniejsze, ale bardzo urokliwe Ta Prohm, Ta Keo czy Preah Khan. Całość mieści się na obszarze ponad 400 km kwadratowych, a odległości pomiędzy poszczególnymi obiektami sięgają od kilkuset metrów do blisko kilkunastu kilometrów.
Więcej na temat historii tego miejsca napisałam w części 1.
Powtarzam jeszcze raz to, co napisałam w części pierwszej:
Do Kambodży pojechaliśmy specjalnie, aby zobaczyć świątynię Angkor Wat i cały kompleks Angkor. Ona była głównym celem. Zwiedziliśmy też oczywiście stolicę Phnom Penh, ale to już nie to wrażenie. Teraz z perspektywy czasu mogę również stwierdzić, że to był numer jeden całej podróży, włącznie z Tajlandią. Nic tak bardzo nie zaskoczyło, nie zdziwiło i nie zachwyciło.
Ten ogrom wrażeń: monumentalność, dostojeństwo budowli, wizerunki bogów na wieżach świątyń, niezliczone płaskorzeźby, kolumny, schody, wielość kolorów, tancerki na ścianach, wojownicy, rydwany, motywy roślinne, kamienne lwy, słonie i tygrysy - i tak ogromna ich ilość, dla przeciętnego turysty wydająca się niezliczoną - powala na kolana.
Zdjęcia nie są w stanie tego oddać.
Zwiedzaliśmy dwa dni, ale zobaczyliśmy zaledwie ułamek.
Aby zwiedzić Angkor Wat, zatrzymaliśmy się w miejscowości Siem Reap w Kambodży. Mieszkaliśmy tu kilka dni.
Z umówionym wcześniej kierowcą, pojechaliśmy na miejsce tuktukiem (zadaszony wózek ciągnięty przez motocykl). Wstaliśmy wcześnie rano, aby zobaczyć w pierwszym dniu zwiedzania wschód słońca nad największą świątynią Angkor Wat.Taka jest tu tradycja i oprócz nas było bardzo dużo innych osób z całego świata. Czuło się jedność i porozumienie z pozostałymi obcokrajowcami. Niestety akurat tego dnia było lekkie zachmurzenie i w końcu tego efektu nie zobaczyliśmy. Jednak, przyznaję, nie byłam z tego powodu specjalnie zawiedziona, bo możliwość zwiedzania w cieniu, bez palącego słońca, była dla mnie w tym momencie ważniejsza :) Podczas zwiedzania panuje specyficzny nastrój, wszyscy są skupieni, raczej milczący, skoncentrowani na fotografowaniu :)
W pierwszym dniu zwiedzaliśmy świątynie położone blisko siebie, więc nie trzeba było dojeżdżać. Natomiast drugiego dnia kierowca dowoził nas tuktukiem do najbardziej interesujących świątyń, które były już dużo bardziej oddalone. Są miedzy nimi odległości sięgające kilkunastu kilometrów.
Najbardziej nas zauroczyło miejsce zarośnięte przez korzenie drzew, jego nastrojowość i romantyczność. Takie było nasze odczucie. Rozmawialiśmy z innymi Polakami, którzy mieli zupełnie przeciwne wrażenie. To miejsce najmniej im się spodobało. Bardziej ich zauroczył monumentalizm i dostojeństwo największej świątyni Angkor Wat.
Bilety kupowało się na trzy dni.